O zdradzie, miłości i dlaczego nie powinno się mieć pretensji, że ktoś się zakochał - przemyślenia o Maybe Someday, Coleen Hover

Być może słyszałyście o książkach Coleen Hover - Hopeless i Loosing Hope, których okładki dość często przewijały się wśród instagramowych zdjęć na kontach wielu blogerek. Hopeless połknęłam w dwa dni, przejście przez Loosing Hope zabrało mi natomiast nieco więcej czasu. I z powodu nagłego natłoku obowiązków i z powodu tego, że nie wciągnęła mnie tak jak pierwsza część. O wydaniu kolejnej książki przez autorkę dowiedziałam się przypadkiem - wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy ujrzałam najnowszą książkę Coleen Hover wśród kosmetyków wysłanych przez Panią Eriskę! :) Czekała na dobry moment, aż doczekała się na mój wakacyjny wyjazd. A jak wiadomo lekkie lektury, najlepiej o miłości, czyli to, co my kobiety lubimy najbardziej, najlepsze są na wakacyjne wojaże i wylegiwanie się na plaży ;)



Spodziewałam się, że kolejna pozycja, która wyszła spod pióra Hover, jak i jej dwie poprzednie, będzie naładowana emocjami oraz uczuciami - na przemian miłością i nienawiścią, żalem i szczęściem. Dostałam coś więcej - niesamowicie mądrą w wydźwięku opowieść o dwojgu ludzi, którzy zakochują się w sobie, ale nie mogą być razem. Brzmi jak historia Romea i Julii? To tylko pozory. W rzeczywistości opowieść, jaką nakreśliła Hover jest bardziej wielowymiarowa, nieoczywista i bardzo życiowa. 

Czy któraś z Was stanęła w obliczu pytania czy warto poświęcić długoletni związek dla osoby, której kompletnie się nie zna, ale jednak czuje się, że mamy z nią wiele wspólnego? A może miałyście wrażenie, że kochacie dwie osoby na raz? Wydawałoby się, że takie rzeczy się nie zdarzają, że pojawiają się tylko w filmach i w książkach, aby bardziej zawikłać prostą historię miłosną...


Maybe Someday to historia o Sydney i Ridge'u przedstawiona z perspektywy obojga.

Sydney w dniu swoich 22 urodzin dowiaduje się, że jej najlepsza kumpela, z którą dzieliła mieszkanie oraz jej chłopak, zdradzają ją za jej plecami. W jednym momencie na kawałki rozsypuje się całe życie dziewczyny - traci przyjaciółkę, chłopaka, dach nad głową i pracę. Z pomocą przychodzi jej sąsiad. Sąsiad, dla którego Sydney co wieczór o tej samej porze wymykała się na balkon pod pretekstem nauki, tymczasem w rzeczywistości zachwycała się jego piękną muzyką, do której mimowolnie układała teksty. Sąsiad, który wiedział, że Sydney pojawia się co wieczór na balkonie z jego powodu...

Równie duża część książki poświęcona jest Ridge'owi - wyżej wspomnianemu sąsiadowi Sydney. Ridge od dzieciństwa nie słyszy, nie przeszkadza mu to jednak w grze na gitarze. Jest samoukiem, muzykę czuje za pomocą wibracji. Nie mówi od lat z powodu pewnego traumatycznego zdarzenia w dzieciństwie. Jego niepełnosprawność nie jest dla niego przeszkodą w pracy zawodowej (jest programistą). Chłopak od lat jest w szczęśliwym związku z Maggie, posiada oddanych przyjaciół i jest kompozytorem zespołu muzycznego, którego wokalistą jest jego rodzony brat.

Gdy drogi tych dwojga ludzi krzyżują się, żadne z nich nie zdaje sobie sprawy, iż będzie to tak kręta droga pełna wybojów...


Wydawałoby się, że z powyższego opisu wynika, iż mamy do czynienia z kolejnym, nic nie wnoszącym, głupim romansidłem, kończącym się zawsze happy endem. Nie będę zaprzeczać ani potwierdzać czy tak właśnie się kończy. Podjęłam w ogóle temat tejże pozycji z uwagi na to, że moim zdaniem wyróżnia się na tle zwyczajnych love story. Osobiście, czytając tę książkę zaczęłam się zastanawiać jak ja postąpiłabym w momencie, gdyby moje życie legło w gruzach, bo moja przyjaciółka i mój chłopak urządzaliby potajemne schadzki i właśnie straciłam pracę oraz dach nad głową. Acha! A chłopak, w którym chwilę później się zakochuję, jest od 5 lat w szczęśliwym związku z dziewczyną, która wydaje się idealna. I taka dla mnie życzliwa.

Coleen Hoover w swojej książce przeprowadza nas przez początki rodzącego się uczucia między Sydney a Ridge'm oraz przez jego rozwój w sposób mistrzowski. Dzięki formie opowieści - z perspektywy obojga, dowiadujemy się co dokładnie czuje każde z nich.

Między młodymi ludźmi rodzi się intymność, której nie doświadczyli wcześniej z nikim innym. Są ze sobą bardzo blisko, odsłaniają swą duszę, ale nigdy między nimi nie dochodzi do przekroczenia granic.

Może stwierdzicie, że to, co napisze jest głupie, że zbliżając się bądź co bądź do ćwierćwiecza mojego życia, powinnam takie rzeczy już wiedzieć. I gdzieś w głębi wiedziałam, ale czasami potrzebne są takie proste przekazy, które sprawiają, że nagle zapala się nam nad głową lampka: "o! Tak właśnie jest!" Tak jakbyśmy odkryli w tym momencie Amerykę, mimo że w głębi, zawsze o jej istnieniu wiedzieliśmy.

Dzięki książce otworzyłam swoje oczy szerzej na "problem" uczuć. I na to, że nie mamy wpływu na to, co rodzi się w naszym sercu. Czasami po prostu zakochujemy się w kimś bezwiednie. I tu mamy potwierdzenie popularnego powiedzenia "serce nie sługa". Nie możemy sercu nakazać, żeby nie zakochiwało się w danej osobie. Ale... Po to Bóg czy inne nieznane nam bliżej siły wyposażyli człowieka w rozum, aby mógł nim kierować. I aby mógł w pewnym momencie powstrzymać się, nie raniąc innych i siebie. I bzdura, że faceci myślą inaczej lub czymś innym. Bo z takimi stwierdzeniami często się spotykałam. Nie ma żadnego wytłumaczenia dla zdrady, bo mężczyzna też posiada rozum, którym w danym momencie powinien odpowiednio pokierować. A skoro nie chce... To już inna sprawa. Stąd, czytając książkę Maybe Someday utwierdziłam się tylko w swoim wcześniejszym przekonaniu, że gdybym została zdradzona z miłości, rozumiałabym tę zdradę bardziej niż tę płynącą z chwilowego uniesienia. Jasne, bolałoby mnie w obydwu przypadkach tak samo. Bo jednak człowiek nawet jeśli jest nie wiadomo jak dobrym człowiekiem, jest trochę w takich momentach egoistą i myśli przede wszystkim o swojej krzywdzie. I o tym jaki ból czuje.

I o tym wszystkim jest właśnie książka Maybe Someday. O zakochaniu wbrew woli, o wewnętrznej walce z samym sobą, o bólu, rozstaniu, o tym, że czasem trzeba pozwolić ukochanej osobie odejść, aby jej nie ograniczać w marzeniach.
O tym, że nawet jeśli początkowo boli tak jakby rozrywało od środka, to zawsze możemy liczyć na nowy początek.


Kończąc ten post okraszony moimi przemyśleniami dotyczącymi książki, chciałabym zachęcić Was do sięgnięcia po książki Coleen Hoover. Naprawdę nie są to tzw. tanie romansidła, które nic nie wnoszą do naszego życia, a jedynie zabierają czas. A jego mamy w życiu mało i przydałoby się nie tracić go na mało wnoszące do niego rozrywki. I z tego miejsca chciałabym podziękować też Ani, która przytargała mi dwa tomy na jedno z naszych spotkań. Niedługo do Ciebie wrócą :) Dziękuję :*

Chętnie przeczytam w komentarzach czy miałyście okazję sięgnąć po książki Coleen Hover oraz o tym, co o nich myślicie. Wszelkie przemyślenia dotyczące uczuć, zdrad, miłości też są mile widziane. Chętnie z Wami podyskutuję :)

Buziaki,
Sylwia


21 komentarzy:

  1. Czytałam, czytałam - książka wzbudziła we mnie podobne refleksje, ale z drugiej strony nie wiem, czy to rzeczywiście jest tak, że nie mamy wpływu na swoje uczucia. Bo zauroczenie to jedno, a prawdziwa miłość to coś, co buduje się na o wiele głębszych fundamentach i gdybym ja czuła, że oddalam się od mężczyzny, który mnie bardzo kocha i którego ja kocham, w stronę kogoś innego, nowego, to chyba zareagowałabym szybciej i zerwała taką znajomość. Ale nie mogę wiedzieć tego na pewno - nikt tak naprawdę nie zna siebie, dopóki nie znajdzie się w danej sytuacji :) W każdym razie staram się myśleć w ten sposób, że co mi przeznaczone, to mnie nie minie i że gdzieś tam nie wiadomo gdzie jest zapisane, z kim mam spędzić resztę życia - czy będzie to ten, czy inny mężczyzna, a może kot :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wpływu na nasze uczucia raczej nie mamy, możemy kierować rozumem i tak jak napisałaś - np. zerwanie wszelkich kontaktów. A to, co nagle nie wiadomo kiedy rodzi się w nas, to już jest trochę niezależne. Widzę, że mamy podobne spojrzenie - ja też staram się myśleć, że każdy ma swoje przeznaczenie i swój los :) Haha, u mnie przeznaczeniem kot być nie może, chyba udusiłabym się ze względu na alergię :D

      Usuń
  2. Czytam nieraz recenzje książek, ale tak wciągającej i tak dogłębnie opisującej to ja nie pamietam kiedy czytalam! Jesteś niesamowita w tym opisie.
    Powiedz tylko czy musze czytać książki po kolei? Czy one sie ze soba łącza?
    Juz bym chętnie zabrała sie za ta książkę! :)

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo, nawet nie wiesz jak miło mi czytać te słowa! :*
      Jeśli chodzi o Hopeless i Loosing Hope - pierwszą częścią jest Hopeless.
      Natomiast Maybe Someday to oddzielna historia :)

      Pozdrawiam również!

      Usuń
  3. dawno, oj dawno nie czytałam tak idealnie opisującej moje wrażenia recenzji - podpisuję się pod wszystkim obiema rękami!
    w ogóle książki Coleen Hoover bardzo lubię, a przeczytałam ich już trochę i wciąż chcę więcej ;) a Maybe Someday najpierw czytałam w formie ebooka, ale tak bardzo ją polubiłam, że zakupiłam wersję papierową ;]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę :* A Coleen ma jeszcze jakieś inne książki niż Maybe Someday oraz Hopeless i Loosing Hope?

      Usuń
    2. Ugly Love - nie została jeszcze u nas po polsku wydana. bardzo, bardzo ją lubię!
      Confess, Pułapka uczuć, Nieprzekraczalna granica :)

      Usuń
  4. Panie Eriski robią cudowne paczki właśnie dlatego, że jest i coś dla ciała i coś dla ducha - nie ukrywam, że zawsze pozytywnie zazdroszczę.
    Ja miałam przyjemność dostać od nich Marcowe Fiołki przy okazji aukcji charytatywnej na spotkaniu blogerek ( zresztą razem na nim byłyśmy) - nota bene również wciągająca, dość lekka lektura.
    Hopeless czytałam, drugiej części nie, ale jakoś tak właśnie czytając zarys nie miałam większej ochoty.
    Maybe Someday brzmi nieźle, obecnie czytam Darringham Hall, ale słabo się rozkręcam jak skończę to wrócę do Colleen.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest właśnie fajne w tych paczkach - są naprawdę od serca :) A Panie Eriski zawsze chyba wrzucaja jakieś lekkie, ale dobre ksiażki :) Jedna od nich jeszcze czeka na swoją kolej :)
      Co do Loosing Hope - nie dziwię się, niby dowiadujemy się czegoś nowego o bohaterach Hopeless, ale jednak nie ma już moim zdaniem takiego dreszczyku emocji jak czytamy tę część.
      Darringham Hall nie znam, ale Maybe Someday serdecznie Ci polecam!

      Usuń
    2. Sylwia przeczytałam! Kurczę - dla mnie to lepsze niż Hopeless. Połknęłam w praktycznie jeden dzień. Początek wydawał mi się cienki, ale im dalej czytałam tym bardziej wciągało. Dawno nie czytałam książki tak naładowanej emocjami. Mega!

      Usuń
  5. Ja czytam właśnie Maybe Someday :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Świetny post! Na pewno kupię książkę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Na wakacyjne wyjazdy jak znalazł! :)

      Usuń
  7. Zachęciłaś do przeczytania książki ;)

    OdpowiedzUsuń