Oddaję Essie i OPI! Szukają nowych domów :)

sobota, 30 marca 2013
Dziewczyny!

Wiosenne porządki (o ile takowymi można je nazwać przy zalegającym dość mocno śniegu...) zaowocowały u mnie znalezieniem tzw. dupe. Stwierdziłam, że nie ma co trzymać ich w pudełkach, skoro którejś z Was mogą bardziej się przydać niż mi. Dodaję je więc do zakładki Wymiana/Sprzedaż i zapraszam do kupna :) Lakiery czekają na nowy domek!


Od lewej: Essie Chastity, Essie Chinchilly, OPI Berlin There Done That (z kolekcji Germany). 
Chastity i Berlin There Thone That użyte były raz, Chinchilly natomiast raz do jednego swatcha.
Każdy po 25zł. 

Edit:
Chastity - sprzedany




S.

P.S. Z okazji Świąt Wielkiej Nocy, życzę Wam wszystkim spokoju, rodzinnego ciepła i odpoczynku.

 
Czytaj więcej »

Podsumowanie marca cz.1 - zdobycze

czwartek, 28 marca 2013
Hej Dziewczyny!

Aż trudno mi uwierzyć, że kolejny miesiąc mija. Mam wrażenie, że nie dawno świętowaliśmy Boże Narodzenie oraz Sylwester, a tu już nadchodzi Wielkanoc. Nie wiem jak u Was, ale u mnie w Warszawie, dzięki obecnemu od kilku dni słoneczku, świat wydaje się bardziej wiosenny, a śniegu już prawie nie ma. Odpukać, wszystko wygląda mniej więcej jak na każdą Wielkanoc.

Dzisiaj przygotowałam dla Was post ze zdjęciami moich marcowych łupów. Usiądźcie wygodnie i zaczynamy :)



Na pierwszy rzut pójdą oczywiście lakiery. Jak tylko minął termin wejścia do Rossmana lakierów z blogerskiej kolekcji, zaczęłam szturm na te drogerie! Najtrudniej było mi znaleźć Peaches and cream Oleśki, ale w końcu mi się udało. Uniknęłam również polowania na błękit Herself and I, ponieważ...

... tak się złożyło, że u Gosi wygrałam rozdanie z Wibo. A Gosia była tak miła, że dorzuciła mi jeszcze błękit jej autorstwa. Raz jeszcze dziękuję!



Essie Off the shoulder i Cascade cool zamówiłyśmy razem z Karotką na ekobieca.pl. Natomiast Big Spender kupiłam w Hebe na pocieszenie po pewnym męczącym dniu. Essie Nourish me to efekt polecenia przez Karotkę. Podobno odżywka dobrze nawilża jej paznokcie i przynajmniej częściowo zapobiega rozdwajaniu ich się. Spróbowałam i na razie myślę, że rzeczywiście daje efekty.


Vipera Belcanto kupiłam razem z Flormarem w Jasminie w celu wypróbowania samych lakierów. Natomiast odżywka z wapniem Killys to efekt posta u Mallene. Zauroczył mnie efekt żelowego, francuskiego manicure. I a'propos french manicure - kupiłam lakier Bell na całą płytkę paznokcia. Tak - zdarza mi się robić sobie frencha, mimo tak dużej ilości lakierów ;P


Revlon Just Bitten Kissable i popularne masełko to efekt promocji w Hebe. Nawet nie wiecie jak musiałam poświęcać się by je zdobyć :D po 6 godzinach męczarni na praktykach, po kilku przesiadkach i w mrozie i chłodzie wreszcie dotarłam do Hebe :P Na dokładkę wzięłam lip tinta Bell, który podobno zachwyca swą trwałością. 

Powoli kończą mi się zapasy szamponów do włosów (nieprawdopodobnie!:P), więc gdy w blogosferze natknęłam się na posty o szamponie Alterra z papają, skusiłam się na niego. Dorzuciłam jeszcze Gliss Kur z jedwabiem, który początkowo miał zabezpieczać mi jedynie końcówki, jednakże po spryskaniu całych włosów, stwierdziłam, że uwielbiam efekt, który mi daje i odtąd spryskuje nim mokre włosy. Kolejny gagatek to olejek arganowy prosto z Maroka, który kupiłam za pośrednictwem koleżanki z firmy, w której robię praktyki. A olejek agranowy Marion i termoochronę kupiłam by zabezpieczać końcówki.


 Tak, i ja uległam Lushowi, a dokładniej masce Catastrophe cosmetic. Jeszcze nie używałam, więc na razie się nie wypowiadam. Do zapasów dołączyły - polecany przez blogosferę micel z Biedronki oraz krem "widmo Isana":P, którego nigdzie nie widziałam, mimo że uważnie skanowałam półki z kremami w każdym Rossmanie, do którego wchodziłam ;) Ale nie umknęły Karoci, więc kolejne podziękowania dla niej!;)


 I na koniec sławna w marcu i wywołująca wiele kontrowersji paczuszka od L'Occitane. Ja tam mimo wszystko się cieszę, choć rzeczywiście nie tego spodziewałam się po firmie. I absolutnie nie jestem pazerna, ale za czas, który czekałyśmy aż ktoś się do nas odezwie był na tyle długi, że firma takiego formatu powinna zachować się po prostu dużo lepiej.

To tyle ze zdobyczy. Myślę, że ich liczba jest raczej optymalna. 

S.
Czytaj więcej »

Lakier TheOleskaaa - Peaches and cream [swatche]

poniedziałek, 25 marca 2013
Cześć Dziewczyny!

Kontynuujemy lakiery Wibo Obssesion, czyli kolekcję blogerską. Tym razem na tapetę weźmiemy Peaches and cream Oleśki.


KOLOR: barwa tego lakieru jest piękna. Jest to taki jasno-różowy, kremowy kolor, idealny na nadchodzącą wiosnę (o ile w ogóle od razu nie zaszczyci nas swoją obecnością lato ;) ). Muszę przyznać, że taki kolor rzadko mam okazję widzieć wśród różnych firm kosmetycznych - być może są podobne, ale zawsze według mnie czegoś im brakowało. Kolorowi Peaches and cream nie brakuje niczego.

KONSYSTENCJA: tu niestety powtarza się mały dramacik jak w przypadku Roziskrzonego nieba, które opisywałam TU. Zdania nie zmieniłam, dwie, równomierne warstwy nie jest łatwo osiągnąć, trwałość jest niestety równie tragiczna. Wielka, wielka szkoda.

PĘDZELEK: jak w przypadku lakieru Miratell, pędzelek jest dość długi i cienki.

ZMYWANIE: bezproblemowe.

DOSTĘPNOŚĆ/CENA: dostępność bardzo dobra, czyli Rossman, którego spotkamy praktycznie na każdym kroku. Cena: ok. 6zł.

Tyle o tym lakierze. Uznałam, że nie będę się o nim rozpisywać, bo zapewne dużo już narzekań u dziewczyn na te lakiery słyszałyście.






Należycie do osób, które zachwycają się tym lakierem?

S.
Czytaj więcej »

Lakier Miratell - Roziskrzone niebo [swatche]

sobota, 23 marca 2013
Hej Dziewczyny!

Tyle blogów pokazywało już blogerskie lakiery Wibo i być może jesteście już nimi nadmiernie nasiąknięte, ale ja mma zamiar pokazać ten, który wydaje mi się, że przegrywa częstotliwością postów z lakierem Herself and I Blue lake oraz The Oleski Peaches and cream.
Przed Wami lakier bardzo sympatycznej Miratel (niestety nie miałam okazji poznać jej osobiście, ale z jej zdjęć zawsze promienieje na czytelnika piękny, ciepły uśmiech). Przed Wami Roziskrzone niebo. Prosto i po "naszemu", czyli po polsku ;)

KOLOR: ten gagatek początkowo nie był na mojej liście do kupienia. Namiętnie biegałam od jednego do drugiego Rossmana (coraz to bardziej wkurzona), że początek sprzedawania tych lakierów i a) Peaches and cream Oleśki jest już wykupiony wszędzie, gdzie sięga mój "rossmanowy" teren i b) tam, gdzie powinny w ogóle być lakiery z blogowej kolekcji, nie było ich. W końcu jednak w jednym Rossmanie obkupiłam się we wszystkie kolory, które chciałam - włożyłam wtedy również lakier o kolorze fioletowym, bo spodobał mi się bardzo u Diany z 13thdoor (nawiasem mówiąc, ostatnio jesteś jedną z naczelnych blogów, na których prezentowane lakiery straasznie mnie kuszą!). Ale przechodząc do koloru, bo w tym podpunkcie właśnie o nim powinna być mowa: Roziskrzone niebo to fiolet z milionem... Roziskrzonych drobinek. W zależności od naświetlenia, mieni się na fioletowo, czy też niebiesko. Zdecydowanie nie jest on wtórny w porównaniu do innych odcieni z kolekcji blogerskiej.

KONSYSTENCJA: i niestety, tu zachwyty się kończą. Ten lakier Miratell jak i inne lakiery blogerskie są niezwykle trudne do okiełznania. Paznokcie pokrywa się niestety dość trudno, o ile dwie warstwy jako-tako kryją, położenie ich nie należy do prostych. Musiałam troszkę się namanewrować, choć i tak w wypadku takiego lakieru nie było to takie trudne, jak w przypadku innych. Trochę rozlewa się na skórkach. W założeniu, miała to być kolekcja imitująca "żelowe" lakiery, ale niestety coś Wibo chyba nie wyszło. A szkoda.

PĘDZELEK: całkiem zwyczajny dla lakierów Wibo. Dość krótki, ale według mnie w sam raz i wąski. Gdyby nie konsystencja, malowałoby się nim o wiele lepiej.


TRWAŁOŚĆ: niestety nikła. Paznokcie pomalowałam wieczorem, następnego dnia, jakoś w połowie, lakier prawie że zaczął schodzić mi płatami z paznokci. A szkoda, bo sam kolor naprawdę mi się spodobał.

ZMYWANIE: bezproblemowe.

DOSTĘPNOŚĆ/CENA: dostępność bardzo dobra, czyli Rossman, którego spotkamy praktycznie na każdym kroku. Cena: ok. 6zł.



Jak Wam się podoba?

S.


Czytaj więcej »

Jak wygląda moja toaletka?

poniedziałek, 18 marca 2013
Cześć Dziewczyny!

Kilka z Was już daawno chciało zajrzeć do mojej toaletki. Dziś uchylam rąbka tajemnicy i zapraszam Was do pewnego szczególnego dla mnie miejsca w mojej sypialni ;)



A tu co jest ukryte?:D






A tu mój nowy nabytek wśród perfum - Euphoria Calvin Klein, którą dostałam w "spadku" ;) Już wiem czym tak zachwycacie się na blogach! Sądzę, że pozostanie ze mną długo i nawet ostatnio wyparła moje ukochane Armani Diamonds!


A tu są lakiery do pokazania na blogu:



Podoba Wam się moja toaletka? Mi troszkę się już przejadła, ale i tak ją bardzo lubię :)

S.
Czytaj więcej »

Post na życzenie: Essie Big Spender [swatche]

sobota, 16 marca 2013
Cześć Dziewczyny!

Dziś przychodzę do Was z tzw. "postem na życzenie". Ostatnio pokazywałam Wam mój zbiór lakierów Essie - KLIK i kilka z Was wyraziło chęć zobaczenia swatchy niektórych lakierów. Dziś spełniam prośbę Karotki, Szarony i Ev, czyli Kota w kosmetyczce :) Przed Wami Big Spender! Będzie intensywnie!

KOLOR: to chyba jeden z moich ulubionych odcieni róży. Podoba mi się nie tylko na paznokciach, ale i na ustach. Big Spender to połączenie soczystej fuksji z leciutką domieszką śliwki - barwa zależy od światła. W świetle sztucznym otrzymamy kolor raczej bardziej zbliżony do właśnie śliwki, natomiast w świetle dziennym jest to bardziej głęboka, ciemna fuksja. 

KONSYSTENCJA: BS jest lakierem o konsystencji bardziej żelkowej niż kremowej, aczkolwiek z uwagi na dobre krycie, uważam, żę emalia ma w sobie również troszkę kremu. Generalnie rozprowadza się bez problemów, spokojnie wystarczyłaby jedna, grubsza warstwa. Kolejnym atutem jest fakt, iż nie rozlewa się po skórkach, nie podkreśla niedoskonałości płytki paznokcia.


PĘDZELEK: posiadam wersję produkowaną na rynek europejski, z grubym pędzelkiem. Dzięki niemu od razu możemy pokryć większość płytki paznokcia i wydaje mi się, że przy lakierach o mocnym kolorze, zdecydowanie łatwiej jest zaaplikować je właśnie za pomocą tego pędzelka.

TRWAŁOŚĆ: Lakier ten nosiłam 4 dni, w drugim dniu noszenia pojawiły się małe obtarcia na końcówkach paznokci. O dziwo obyło się bez odprysków, co jest bardzo dobrym wynikiem u lakierów w intensywnym kolorze, ponieważ zauważyłam, że tego typu emalie szybciej odpryskują u mnie na paznokciach. Z BS jestem w tej materii naprawdę zadowolona! Jako bazę nałożyłam Essie Nourish Me, jako lakier nawierzchniowy natomiast Seche Vite. 

ZMYWANIE: bezproblemowe, aczkolwiek trzeba troszkę dokładniej potrzeć paznokieć by usunąć resztki koloru. UWAGA! Warto nałożyć bazę, ponieważ lakier może lekko farbować płytkę!

DOSTĘPNOŚĆ/CENA: Lakier kupiłam w Drogerii Hebe (ok. 32zł, cena regularna). Essie dostaniemy również w Super Pharm, Douglasie, a także w Internecie, np.: victoriasbeauty.com, Allegro i inne.

P.S. Niestety trochę się spieszyłam z aplikacją, nie będę więc rzucać gromów, jak ktoś mi powie, że wyszłam lakierem poza paznokieć :P


Jak Wam się podoba? Osobiście uważam, że będę sięgała po niego często. I... Spójrzcie na Essie Foot loose: KLIK. Chcecie porównanie?:)

S.

Czytaj więcej »

Clarena Pyruvic & Azelaic Acid - krem idealny

czwartek, 14 marca 2013
Hej Dziewczyny!

Postanowiłam, że przyszła chwila na zrecenzowanie czegoś z pielęgnacji. Ostatnio skupiałam się raczej na podsumowaniach miesiąca i lakierach, dlatego teraz znów chciałabym opowiedzieć Wam co nieco o produkcie pielęgnacyjnym. Tym razem poznacie krem do twarzy firmy Clarena, który dostałam na blogerskim zjeździe w listopadzie. Panie z Clareny były na tyle miłe, iż poświęciły swój czas i dobrały każdej z nas produkt według jej indywidualnego profilu skóry. Dziękujemy raz jeszcze!

Mi w udziale przypadł krem Pyruvic & Azelaic Acid Cream z AHA FRUIT LINE, czyli krem z kwasem pirogronowym i azelainowym. Brzmi nieznajomo? Zaraz Was z tym kremem zapoznam!





OPAKOWANIE: zawiera 50ml kremu. Miejsce, w którym znajduje się kosmetyk jest szklane, natomiast nakrętka - plastikowa, biała z charakterystycznym dla firmy "kwiatkiem" (a przynajmniej mi przypomina to kwiatek :) ). Cały słoiczek mogę ocenić jako naprawdę bardzo solidny, a dzięki szklanej części, kosmetyk nabiera otoczkę elegancji i luksusu. Sam w sobie sporo waży, dlatego też osobiście miałam wrażenie, że mam do czynienia z czymś solidnym. Słoiczek zamknięty jest w papierowym pudełku, posiada również w środku ulotkę dotyczącą kremu.

KONSYSTENCJA: dość treściwa. Bardzo dobrze smarowało mi się tym kremem twarz, dodam, że po nałożeniu kremu nie towarzyszyło mi uczucie tłustego filmu. Kosmetyk wchłania się dość szybko, według mnie jest idealny zarówno na noc, jak i na dzień jako baza pod makijaż. Make up nie rozmazuje się pod wpływem kremu.

SKŁAD: 

STOSOWANIE: kremu używałam zarówno na dzień jak i na noc. Producent zaleca stosowanie "rano i/lub wieczorem".

KOLOR/ZAPACH: kolor kremu jest jak w większości specyfików tego rodzaju - biały, który po nałożeniu na twarz przemienia się w przezroczysty. Natomiast jeśli chodzi o zapach, początkowo możecie być nim niemile zaskoczone. Nie jest intensywny, ale dla mnie był dziwny. Na myśl przywodził mi właśnie kwasy. Na szczęście szybko się do niego przyzwyczaiłam i w sumie nie wydał mi się uciążliwy. 



DZIAŁANIE: Dla przypomnienia - moja skóra jest typem mieszanej w kierunku tłustej (w strefie T). Lubi nawilżenie w zimie, ale także i czasem latem kiedy wysusza ją słonko. Jak widzicie krem jest dość uniwersalny. Ja chciałam coś, co spróbuje zamaskować niedoskonałości pozostałe po nieprzyjaciołach na mojej brodzie. Mogę stwierdzić, że przez całą moją kurację tym kosmetykiem, pory rzeczywiście nie są już tak widoczne, podobnie jak niedoskonałości wywołane intruzami ;) Wydaje mi się również, że przez cały okres stosowania kremu nie miałam żadnych wyprysków! Być może jakieś bardzo, bardzo malutkie, z którymi szybko się uporałam. Ponadto krem rewelacyjnie radził sobie podczas największych mrozów - moja cera była wystawiona na zimno podczas mojego pobytu na nartach. Dodatkowo zauważyłam gładkość mojej cery.

CZY KUPIĘ PONOWNIE? Trzy razy TAK!!! Dziewczyny, jestem po prostu zaskoczona działaniem tego kremu! Mimo, że moimi ulubionymi kremami nadal będą AA (głownie ze wzgledu na cenę), ten zdecydowanie spróbuję upolować podczas jakiejś okazji. Niestety w cenie regularnej jest dla mnie po prostu zbyt drogi, nad czym szczerze ubolewam, ponieważ tak rewelacyjnych efektów po zastosowaniu jakiegokolwiek kremu jeszcze nie miałam. Nawilża, redukuje pory, blizny potrądzikowe, wygładza skórę... Rewelacja! Polecam jeśli tylko macie na niego fundusze:)

CENA/DOSTĘPNOŚĆ: według strony Clareny cena kremu wynosi 92zł. Niestety jest to wysoka cena, jednakże efekty rzeczywiście są widoczne. Kosmetyki Clarena niestety nie są zbyt dobrze dostępne. Kiedyś zostałam poinformowana, że znajdę je w niektórych salonach kosmetycznych i jak mniemam, w aptekach.

P.S. Ubolewam nad tym, że krem już wykończyłam :(

S.

Czytaj więcej »




SZABLON BY: PANNA VEJJS.