Podsumowanie stycznia cz. 3 - książki, filmy... kulturalnie :)

środa, 30 stycznia 2013
Dziewczyny, dziękuję Wam za tak duży odzew pod postem dot. kradzieży mojego zdjęcia. Postaram się zastosować do Waszych rad. A teraz chciałabym udostępnić Wam tego właściwego posta, planowanego na dziś :)

Przygotowałam dla Was odpoczynek od tematu kosmetyków. Podzielę się z Wami swoimi spostrzeżeniami dotyczącymi filmów, książek, muzyki. Niestety w tym miesiącu nie miałam zbytnio czasu na oglądanie, a po książki sięgałam stosunkowo rzadko przez to, że i tak muszę siedzieć w notatkach i książkach podczas sesji. Nawet, gdy jeździłam na zajęcia metrem, również do torby brałam notatki, a lektura zostawała w domu. Tak żeby nie kusić ;)

Filmy:
Ich jest zdecydowanie najwięcej, więc postanowiłam, że pójdą na pierwszy ogień.

"Ojciec chrzestny". Tyle już o tym filmie powiedziano, tyle osób już się tym filmem zachwycało - nie tylko reżyserią Francisa Coppoli, ale również kreacją samego Marlona Brando, czy przepiękną muzyką puszczaną w tle historii o mafii Stanów Zjednoczonych. Mnie osobiście również urzekła gra aktorska Marlona Brando, poza tym chyba po raz pierwszy miałam okazję widzieć go na ekranie. Istne mistrzostwo. I ten jego charakterystyczny głos... Spodobała mi się również muzyka, przywodząca na myśl włoskie dnie i noce. Naprawdę chyba nie ma się do czego przyczepić, obecnie wypożyczyłam książkę Mario Puzo, na podstawie której powstał film i przymierzam się do obejrzenia kolejnych części.

Nadal będąc w temacie klasyki, kolejnym filmem jaki zobaczyłam były "Rzymskie wakacje" z Audrey Hepburn i Gregory'm Peckiem. Zaczynając od końca - byłam zaskoczona sceną finalną. Nie będę tu dokładnie opowiadać jak film przebiegał i w jaki sposób się skończył, bo wtedy zabiję przyjemność z oglądania go, ale mogę powiedzieć, że nie jest to typowa komedia romantyczna. Szczerze? Nawet nie nazwałabym tego takim gatunkiem, chociaż tytuł może na niego wskazywać. Księżniczka Anna, czyli Audery, jest zmęczona życiem pałacowym i postanawia wymknąć się z pałacu, który jest kolejnym przystankiem na liście odwiedzanych miejsc. Dodatkowo wymyka się nie do końca trzeźwa ;) Potem spotyka dziennikarza, którym jest Peck i razem z nim wyrusza na wycieczkę po Rzymie. Co potem? Obejrzyjcie i same się przekonajcie! Acha, film jest czarno-biały! ;)

Na "Django" poszłam do kina właściwie jedynie dla Leonadro Di Caprio, którego ubóstwiam jako aktora. Chyba praktycznie każdy film, w którym gra bardzo przypada mi do gustu. Poza tym, ostatni film jaki widziałam Quentina Tarantino to "Bękarty wojny" i mimo, że był dość krwawy oraz brutalny, do tej pory wyróżnia się wśród filmów, które miałam okazję zobaczyć. Byłam i... Nie pożałowałam. Film opowiada historię tytułowego Django (Jamie Foxx), który został sprzedany jako niewolnik. Szczęśliwie dla niego, na swojej drodze napotyka dentystę, doktora Schultza (Christhop Waltz), który już od kilku lat jest tzw. łowcą głów, czyli dostarcza władzom osoby poszukiwane listami gończymi dead or alive. Django potrzebuje do odnalezienia trzech braci poszukiwanych za okropne zbrodnie. Dzięki doktorowi Django staje się wolnym człowiekiem, co budzi mieszaninę postrachu z zaskoczeniem wśród białych oraz zazdrości wśród czarnych niewolników. Jamie Foxx w kreacji Django naprawdę świetnie zagrał - najpierw niewolnika, a potem wolnego człowieka szukającego oddanej, jak on, do niewoli żony. No i wreszcie mój ulubiony Leo - miał dość duży epizod w filmie i według mnie dobrze spisał się w tej roli, zagrał postać, których z reguły nie gra, czyli czarnego charakteru. Muszę przyznać, że do gustu przypadła mi również muzyka. Naprawdę polecam i nie jest to tylko moje zdanie, rozmawiałam z kilkoma osobami, które były na tym filmie i wszystkie zgodnie są na tak.
Teraz szykuję się na Les Miserables ;)

Książki:
Wstyd, ale przeczytałam tylko jedną książkę, czyli "Wyścig po miłość" Jane Costello. Książka reklamowana jest jako powieść podobna do tych jakie pisze Emily Giffin. I rzeczywiście, historia jest bardzo wciągająca, łatwo i przyjemnie się ją czyta. Książka opowiada o Abby Rogers, która zaangażowana jest w prowadzenie własnego biznesu. Pewnego dnia dowiaduje się o strasznej tragedii dotyczącej jej pracownicy, co jest przyczynkiem do rozpoczęcia biegania. Po drodze też pojawia się Pan Ciacho i drugi Pan Ciacho... Książka naprawdę może zmotywować też do biegania i pokazuje jak krok po kroku można osiągnąć sukces w tej dyscyplinie sportu. Polecam!


Muzyka:
W tym miesiącu królowali The Killers, Muse, Selah Sue, Coldplay i I blame coco. Podam Wam kilka nut na poprawienie sesyjnego humoru ;)


 

 Tyle na styczeń. Mam nadzieję, że luty również będzie obfitował w filmy i poprawię swoją książkową pozycję ;)

To ja idę czytać!



A Wy? Co ciekawego obejrzałyście lub przeczytałyście? Polećcie coś!:)

S.
Czytaj więcej »

Kradzież zdjęcia

W związku z tym, że i mnie dosięgła nieprzyjemność w postaci kradzieży zdjęcia z mojego bloga (notabene była to osoba, która od jakiegoś czasu czynnie odwiedzała mnie - jak wnioskuję polubiła z jakiegoś powodu blog, więc tym bardziej przykro mi za to, co zrobiła) - od dzisiaj zdjęcia będę podpisywać mniej-więcej w poniższy sposób. I będę tak "miła", że nie wydam osoby, która to zrobiła, chociaż nawet nie przeprosiła za własny czyn usuwając mój komentarz pod postem. Na szczęście zdjęcie również usunęła.



Pozdrawiam,
S.
Czytaj więcej »

Podsumowanie miesiącza cz. 2 - ulubieńcy stycznia

poniedziałek, 28 stycznia 2013
Poprzednio prezentowałam Wam nowości stycznia, dziś zaś chciałabym pokazać moich ulubieńców. Zadziwiająco mało w tym miesiącu kolorówki, ale za to coraz częściej zaczęłam używać cieni do powiek. 


Kolorówka:

Paletkę Sleek Au Naturel pokazywałam Wam już w poście z nowościami styczniowymi. Udało mi się ją dostać droga wymianki i bardzo się z tego cieszę, bo już dłuższy czas nosiłam się z zamiarem zakupu jej. Odkąd tylko wyjęłam ją z koperty, stwierdziłam, że są to zdecydowanie moje kolory. Teraz maluję się tymi cieniami praktycznie codziennie. Wielkim odkryciem jest dla mnie korektor Essence, który skutecznie radzi sobie z tuszowaniem moich cieni pod oczami oraz pozostałości po wypryskach. Tani, a naprawdę kosmetyk-cud. Cień Miyo "Breeze" również dostałam w drodze wymianki i znakomicie odnajduje swoje miejsce na łuku brwiowym, by bardziej podnieść moją opadającą powiekę (dziękuję Gray i Luizie za rady :*). Wkrótce zobaczycie jak sobie poradziłam z moją powiekową urodą ;) Inglot Diamond top coat jak zresztą i pozostałe rzeczy, oprócz perfum, pokazywałam Wam również w poprzednim podsumowującym poście. Stosuję go jako bazę oraz jako utwardzacz na lakier i jak na razie, lakiery trzymają się u mnie o wiele dłużej niż wcześniej. Zobaczymy jak będzie z Inglotami. Pędzelek Sephora (nr. 14), również z wymiany, umila mi codzienny lub prawie codzienny rytuał nakładania cieni. Nie wiedziałam, że przerzucając się z pacynek dokładanych do cieni na pędzle zauważę taką różnicę! I last but not least perfumy Lady Gaga Fame. Dostałam je od Chrzestnego na Boże Narodzenie w komplecie z żelem pod prysznic. Nie miałam pojęcia, że tak wiele osób je lubi! Ja jakoś jestem uprzedzona do perfum gwiazd, aczkolwiek przed kilkoma laty bardzo przypadły mi do gustu perfumy Britney Spears Curious, wówczas mojej idolki. Fame używałam w tym miesiącu bardzo często.

Pielęgnacja:


Maseczka dr Ireny Eris Capri zdziałała na mojej twarzy cuda! Po zmyciu resztek specyfiku, cera była widocznie gładka i jakby rozświetlona. Możecie spodziewać się recenzji niebawem! Żel Original Source śwliwkowy z zimowej edycji limitowanej - wcześniej twierdziłam, że zapach szczególnie nie podoba mi się i wolę pomarańczową wersję. Jakże się myliłam! Już przy pierwszym myciu miałam ochotę na jeszcze i jeszcze... Ciekawi mnie co OS wymyśli na następny sezon. Pianka do mycia twarzy Pharmaceris z serii A, o której wspominałam Wam w poprzednim poście przy okazji prezentowania żeli do mycia twarzy z Be Beauty. Mają one mocną konkurencję w postaci tej pianki, również recenzja niedługo. Odpuszczę sobie za to zrecenzowanie micela Lirene, ponieważ jeden z tej firmy już opisywałam na blogu i praktycznie nie różni się według mnie od tego, byłoby to więc powtórzenie poprzedniej recenzji (TU). Ostatnio przerzuciłam się na mydła w płynie, a moim pierwszym wyborem było Twilight Woods. Zapach jest intensywny, ale jednocześnie delikatny i chętnie kiedyś sprawię sobie jego odpowiednik w postaci mgiełki.

To tyle na dziś. Wyjątkowo skromnie, prawda?

S.
Czytaj więcej »

Podsumowanie stycznia cz. I - nowości!

piątek, 25 stycznia 2013
Hej dziewczyny!

Jak tam u Was? U mnie wreszcie sesja powoli się kończy, mam jeszcze jeden egzamin, projekt do zrobienia i pracę do napisania, także znów będę miała więcej czasu na Wasze blogi i nie będę musiała się wstydzić, że wy odwiedzacie mój, a ja Wasze nie do końca... Jeszcze raz Was przepraszam, ale taki okres.
Nawet nie zauważyłam, że wielkimi krokami nadchodzi koniec miesiąca... A nie dawno jeszcze świętowałyśmy Sylwestra i składałyśmy sobie wzajemnie życzenia na Boże Narodzenie ;)
Dziś podsumowanie miesiąca zaczynam postem z nowościami, a trochę ich jest, głównie z wymianek tu i na Wizażu. Jak dotąd jestem bardzo zadowolona z tej formy i znalazłam wiele perełek.

Na pierwszy rzut pójdą wygrane w konkursach, a było ich aż dwie! W styczniu dopisało mi szczęście ;)

Od Magdy z 77gerda:
Bardzo się cieszę, bo nigdy nie miałam jeszcze możliwości testowania greckich kosmetyków.


A to kolejna wygrana, tym razem u Zielonego Serduszka:
Wszystko utrzymane w tonacji czekoladowej. Czyli mojej ulubionej! ;)

A teraz już przejdę do wymiany. Jak wspominałam wcześniej, wymieniałam się zarówno na blogu jak i na Wizażu.


Lakier Kiko i China Glaze - to zarówno mój drugi Kiko (pierwszy dostałam w prezencie od Karotki z wyprawy do Włoch) jak i druga Chinka. Wymiana blogowa z www.glitterinmyhead.blogspot.com .

Efekt wymiany z Paulinką, czyli tamit24. Właśnie mam ten topper na paznokciach i nie długo pokażę go Wam wraz ze stylizacją.

Bardzo chciałam wypróbować olejki Amla, dlatego, gdy zobaczyłam w poście jednej z Wizażanek niestety nie całą buteleczkę, od razu się na nią rzuciłam! I muszę przyznać, że mam ochotę na więcej. Jak widzicie wymieniłam się również na lakiery (a jakżeby inaczej! ;) ), szminkę Wibo, bronzer Honolulu (muszę przyznać, że ma naprawdę ładny odcień brązu. BRĄZU, a nie pomarańczy jak niestety większość), pomadki ochronne Blistex i Oeparol Mango oraz odżywkę Kallos, którą również szukałam i trochę marcepanowego masła do ciała Perfecty. Muszę powiedzieć, że zapach bardzo przypadł mi do gustu, na razie kupiłam w tej wersji peeling, ale jak wykończę ogromny zapas maseł, który mam jeszcze w szafce, na pewno kupię to masełko :)

Książkowo, czyli Sylwia bierze się za teorię makijażu! Zobaczymy czy cokolwiek wejdzie mi do głowy, jak wiadomo od teorii do praktyki często niestety dość długa droga. Efekt wymianki z Wiolkaa93.

Właściwie nigdy nie miałam okazji przetestować pielęgnacyjnych kosmetyków Ofirlame, czy Avonu. Dlatego, gdy nadarzyła się fajna okazja, stwierdziłam, że to właśnie ten moment.

A tu znajdziecie coś, z czego jestem chyba najbardziej zadowolona. Sleek Au Naturel! Tak długo zbierałam się z kupnem paletki, że paletka sama do mnie trafiła. Bardzo przypadł mi też do gustu pędzelek z Sephory, a jeden z cieni Miyo był cichym bohaterem mojego makijażu, który niebawem na blogu! Cieszę się również z próbek Lusha - CoalFace, kostki do mycia twarzy oraz szamponu
Trichomania.

Przy okazji blogowych wymian, wypatrzyłam odżywkę do włosów Alverde. Nie miałam jeszcze żadnego kosmetyku do włosów tej firmy, podobno są polecane, więc skusiłam się.  Dziękuję  Eminie!
Jak widzicie wymieniłam się również na masełka do ust TBS, palety Inglota wraz z dwoma cieniami (teraz to muszę tylko biec do Inglota i kupować cienie ;)) ) oraz bransoletki a'la Lilou.



 I po raz kolejny lakiery. Znalazł się nawet Essiak! 


Kolejny OPI do kolekcji, pierwszy pełnowymiarowy Orly i kolejna Chinka. Chinka i Orly to efekt zakupu u Candy Killer.

A teraz tylko i wyłącznie produkty kupione przeze mnie :)



Nie obyło się bez kupna lakierów. Ciekawym zakupem jest Inglot Diamond top coat, który skutecznie chronił moją płytkę przed przebarwieniami oraz lakier przed odpryskiem. Poleciła mi go koleżanka Ola, której baaardzo, bardzo dziękuję. Jeszcze nie wypróbowałam tego top coatu do Inglotów, a przecież do nich raczej są one skierowane, więc z zachwytami na blogu w postaci recenzji chwilę zaczekam. Od kilku tygodni chodziłam za flejksami z My Secret i zawsze w miejscu,w  którym powinny stać na półce nie było ich. W końcu po długich poszukiwaniach dorwałam ostatnią butelkę :D Nie ma to jak moja kochana Natura w Carrefourze! :P Golden Rose Paris nr 119 skutecznie skusiła mnie Agata bloguje, a mając na podorędziu więcej lakierów GR, zdecydowałam się na turkus, niebieski i brąz. Under twenty anti acne kupiłam z ciekawości, skuszona dobrą opinią na wielu blogach.



Ostatnio w Super Pharmie była korzystna przecena na maski Biovaxa, dlatego zdecydowałam się na tą z kreatyną i jedwabiem, którą od dawna chciałam przetestować. W Jasminie z kolei kupiłam maskę Bingo Spa (dzięki Ci Karocia, sama nie wpadłabym, że są akurat w TYM miejscu :P).


Z Jasmina wyszłam również z cieniami Hean w tonacji różowo-fioletowej oraz cieniem Miyo i lakierem Q by colour alike w pięknym kolorze fukcji. Zdecydowałam się też na Essie Head Mistress oraz malinowy lakier Bell z gazetki biedronkowej. GR to już kolejna zachcianka :D Najbardziej zależało mi na granacie, a to bordo jest w sumie odpowiednikiem Bahama Mama z Essie. A przynajmniej tak mi się wydawało.


Zakup Eveline serum do biustu stał się już tradycją, trzeba sobie wspomóc tu i tam przed starością ;) peelingi Daxa kupiłam korzystając z promocji w Naturze, zaś masełko Nivea trochę na wyrost... A to wszystko przez to, że tak kusicie!!!

No... To tyle! ;)

S.
Czytaj więcej »

Chyba najpopularniejsza paleta Sleek

wtorek, 22 stycznia 2013
Hej dziewczyny!

Znalazłam czas między jednym a drugim zaliczeniem by napisać kolejnego posta. Szczerze Wam powiem, że nienawidzę tego czasu i pewnie większość z Was, która już miała do czynienia z sesją, wie co mówię... Na dodatek przeżywam (dobrze powiedziane :P) ją już siódmy raz, a ciągle narzekam tak jakby była pierwsza... Ale dosyć gderania, tak między jedną kartką a drugą myślałam co by tu Wam zaserwować... I wymyśliłam, że mam przecież paletki Sleek, a moja Luiza już daawno prosiła mnie o swatche. Dziś więc specjalnie dla Niej, swatche Oh So Special.




Cienie Sleek Oh So Special były moimi pierwszymi cieniami tej firmy i jak już pewnie zdążyłyście to zauważyć, mimo że paletka nie jest zbyt mocno wyeksploatowana, widać na niej ślady używania - chociażby przez przypruszoną folię ochronną, na której nadrukowano nazwy poszczególnych cieni. Mi osobiście bardzo podoba się ten pomysł i niekiedy zastanawia mnie jedno - skąd biorą się w głowach producentów te nazwy? Dlaczego akurat ten jasny beż to "The Mail", metaliczny róż z kolei "Organza"? Ale chyba powinnam moje rozmyślania skierować bardziej ku sferze sesji, niż tej, bowiem pewnie i tak nigdy się tego nie dowiemy.

OSS utrzymana jest w dość neutralnych barwach. Znajdziemy w niej zarówno odcienie beżu i brązu, jeden czarny cień, który według mnie powinien być w każdej tego typu paletce, najjaśniejszy - wpadający w wanilię, a także rozmaite odcienie różu. Siedem z nich to maty, reszta natomiast satynowo-perłowe.

Najlepiej współpracuje mi się z cieniami satynowo-perłowymi, mimo że trzeba pogodzić się z faktem osypywania się ich. Mam wrażenie, że z matami nie ma już takiego problemu, jednak z kolei są one trudne w aplikacji, na co wiele dziewczyn narzeka. Chyba największą wredotą w tym zestawieniu jest najjaśniejszy "Bow", któerego, jak same za chwilę zobaczycie, praktycznie nie widać na swatchach. Mimo wszystko, OSS podoba mi się za te dziewczęce róże oraz trochę "mocniejsze" brązy i jak na razie jest eksploatowana na równi ze Storm.


Górny rząd od lewej: Bow, Organza, Ribbon, Gift Basket, Glitz, Celebrate.
Dolny rząd od lewej:  Pamper, Gateau, The Mail, Boxed, Wrapped Up, Noir.


Od lewej: Bow, Organza, Ribbon, Gift Basket, Glitz, Celebrate.


Od lewej:  Pamper, Gateau, The Mail, Boxed, Wrapped Up, Noir.

To jeszcze na dokładkę mój makijaż, któremu zapewne baaardzo daleko do ideału, ale postanowiłam wreszcie nauczyć się jako tako malować. Wszelka konstruktywna krytyka wskazana :)






Dostępność: w PL niestety Internet: Allegro, sklepy typu: MintiShop.pl, Kosmetykomania.pl, Cocolita.plAlledrogeria.pl itp.

Cena: ok. 32, 90zł.

Czy Wy też lubicie OSS?:)

S.

P.S. Biorę udział w rozdaniu kobiecylajfstajl.blogspot.com :)



Czytaj więcej »

Konkurs u zakupokosmetykoholiczki :)

Kochane, zapraszam Was na konkurs u Zakupokosmetykoholiczki! Do wygrania... Same zobaczcie co!:)



Czytaj więcej »

Ulubieńcy 2012 roku - pielęgnacja

niedziela, 20 stycznia 2013
Hej!

Ostatnio pokazywałam Wam moich kolorówkowych ulubieńców minionego roku, teraz natomiast zajmę się pielęgnacją. Ulubieńców w tej kategorii nie będzie już tak dużo.

Żele pod prysznic:


Chyba nic ich nie zdetronizuje w tej kategorii! Original Source posiada coś dla miłośników zarówno słodkich zapachów jak i tych bardziej owocowych. Firma stworzyła całą gamę zapachów idealnych na wszystkie pory roku, ponadto robią też edycje limitowane! A jak pachną... Mmmm:D Ostatnio kupiłam właśnie czekoladę i pomarańczę, która chyba wszystkim kojarzy się z Delicjami. No niebo w... Nosie!

 Żele do mycia twarzy:


Te żele poznałam dzięki wyjątkowo dobrym recenzjom w całej blogosferze. Wcześniej większość z żeli wysuszała moją twarz, te natomiast posiadają w sobie dużo wody, więc o nawilżenie nie musimy się martwić. Chociaż zdradzę Wam, że w tej kategorii Be Beauty powoli zyskuje poważnego rywala w postaci Pharmaceris...

Masła do ciała:


Farmona Sweet Secret i te apetyczne zapachy... Które bardzo przypadły mi do gustu! Śmiem nawet twierdzić, że nie są one aż tak chemiczne. Minusem dla niektórych może być parafina wysoko w składzie, mnie na szczęście nie zapycha. Podobno Farmona szykuje nowe zapachy, także bądźcie czujne!

Krem do twarzy:


Chyba największe odkrycie pielęgnacyjne minionego roku. To właśnie ten krem zdziałał cuda na mojej twarzy i nie borykałam się z wysuszoną skórą nosa oraz czoła. Brawa dla AA Wrażliwa Natura! Od tego kremu chyba się nie uwolnię tak szybko...

Kremy do rąk:


W tym roku mocniej wzięłam się za pielęgnację dłoni, a moje serce skradły kremy z Isany. Często można je znaleźć za naprawdę niskie ceny w promocjach, mają również edycje limitowane, których jak widzicie jestem posiadaczką. Krem migdałowy już mi się skończył, nie długo wezmę się za pomarańczkę. Kremy mają ładne, delikatne zapachy, ponadto szybko się wchłaniają i nie zostawiają tłustego filmu. Właścicielki bardzo suchej skóry raczej nie będą zadowolone, polecam więc znaleźć coś bardziej treściwego.

I na tym zakończę ulubieńców pielęgnacyjnych. Jak możecie wywnioskować, o wiele więcej uwagi przykładam do kosmetyków kolorowych i to nimi najbardziej się zachwycam. Ale kto wie, może w 2013 się to zmieni?:)

S.


Czytaj więcej »

Kosmetyczne podsumowanie 2012 roku - ulubieńcy kolorówka

czwartek, 17 stycznia 2013
Drogie,

Wzorem niektórych blogów postanowiłam stworzyć swoje podsumowanie minionego, 2012 roku. Znajdą się w nim zarówno kosmetyki do pielęgnacji jak i te kolorówkowe. Ciekawa jestem czy obecny rok 2013 zmieni moje dotychczasowe upodobania, czy pozostanę wierna ulubieńcom z zeszłego roku.

Na pierwszy ogień wezmę kolorówkowe produkty. Już teraz mogę powiedzieć, że zapewne lakierom Essie pozostanę wierna i przez kolejny rok, mgiełki BBW pewnie będą przybywać do mnie wraz z kolejnymi, nowymi zapachami, a tusz GOSH pozostanie ulubioną maskarą na lata. Co więcej? Przygotujcie się na dłuuugiego posta!



 Lakiery Essie

Po prostu musiałam umieścić je jako pierwsze! To na punkcie ich kolorów i różnorodnych kombinacji drobinek oszalałam w minionym roku. Zgromadziłam już całkiem sporą kolekcję. Z racji ceny starałam się polować na nie podczas przecen, czy też na Targach, gdzie miały obniżoną cenę, nie ukrywam jednak, że zdarzyło mi się skusić na jakiś numer w cenie regularnej.

Lakiery Inglot:


Rok 2012 ogłaszam moim wielkim powrotem do firmy Inglot. Jak pisałam w postach, w których omawiałam kolekcję jesienną, kilka lat temu zraziłam się do ich trwałości. Natomiast kiedy zobaczyłam zdjęcia promocyjne nowej kolekcji na Facebooku, niemalże od razu chciałam biec do najbliższego salonu. Szczerze - nie wiedziałam za który lakier najpierw mam się brać! W końcu skończyłam z prawie całą kolekcją... :P Niestety nie wszystkie kolory odpowiadały tym ze zdjęcia promocyjnego, dlatego dwa z Inglotów poszły na sprzedaż... Reszta w fazie testów :) Niestety w dalszym ciągu nie zachwycają trwałością, ale koleżanka (dzięki Ola!) poleciła mi bym wypróbowała Diamond top coat. Zobaczymy, czy przedłuży jakość Inglotów.

Lakiery Sensique:


To moje kolejne, lakierowe odkrycie. Lakiery Sensique można kupić w Drogeriach Natura za bodajże trochę ponad 5zł. Mają fajne kolory, dobre krycie, są tanie i dość trwałe, czego chcieć więcej?

Lakiery Golden Rose Jolly Jewels:

 Lakiery z tej kolekcji szturmem zdobyły blogosferę pod koniec roku. Na początku ich pojawienia się, trafiłam na stoisku GR na właściwie ostatnie sztuki w najmniej ciekawych kolorach. Potem dopomogłam sobie internetem, a po jakimś czasie już spokojnie można było dostać na stoiskach wszystkie numerki. Jakie są Waszymi ulubionymi? Moimi zdecydowanie ten "maczek" na górze oraz złotko i brokatowy róż.

Reszta lakierów to pojedyncze sztuki. Essence bardzo polubiłam za ich małe buteleczki, które zmieszczą się dosłownie wszędzie oraz za niesamowity wybór kolorów, trwałość i cenę. Ubolewam nad tym, że zwiększyły swą objętość i koszt... Moje naj w tym roku to malinowy Glamurous life (TU) oraz You belong to me. L'oreal kupiłam na przecenie w Rossmanie i z miejsca stwierdziłam, że był to bardzo dobry zakup. Zdaje się, że teraz w Naturze lub Rossmanie znów będzie przecena, może się skuszę. Moje kolory to przepiękny Dating coral TU i pudrowy róż: TU . Inglot nail whitener to alternatywa dla frencha. Można go sotosować zarówno jako baza do frencha oraz solo. Wybiela paznokcie i daje wygląd jakby miało się samego frencha na paznokciach! Pisałam o nim TU. Rimmel w kolorz Beige style oraz Bare necessities -  w pierwszej połowie roku były najczęściej noszonymi przeze mnie lakierami, ten drugi miałam nawet na majówce i spokojnie przetrwał praktycznie ją całą!


Teraz pora przejść do szminek i wszelkiego rodzaju pomadek!

Celia Nude:

Po te panienki sięgałam chyba najczęściej. Są świetne, bo fajnie nawilżają usta, nie wchodzą w zagłębienia (u mnie oprócz 601 :( ) i można się nimi malować bez lusterka. Szkoda tylko, że tak trudno je spotkać.

L'oreal Rouge Caresse:


Cheeky Magenta i Tempting lilac. Jeden to fuksja, drugi nudziak wpadający lekko w fiolet. Moi ulubieńcy drugiej połowy roku 2012! Muszę powiedzieć, że Cheeky Magenta miałam na ustach podczas imprezy i przetrwała prawie całą! Również kupione na przecenie w Rossmanie, mam ochotę na kolejne.

Sleek True Colour:



Liqueur i Candy Cane. Właściwie dopiero teraz spostrzegłam, że wybrałam Sleek i L'oreal w podobnych kolorach, zwłaszcza Liqueur i Tempting lilac, ale nie są one identyczne. Candy Cane to fuksja, wpadająca bardziej w czerwień niż w róż jak robi to Cheeky Magenta. Ulubieńcy pierwszej połowy roku.

Catrice:


To trzy pomadki z Catrice które posiadam. Najczęściej używałam chyba pierwszą z lewej. Dobre krycie, troszkę niestety wysuszają, ale piękne, intensywne kolory dają rekompensatę.

Pomadka ochronna:


W tej kategorii króluje Nivea Vitamin Shake, kojarzy mi się z wiosną i latem, dlatego w zimie przerzuciłam się na coś bardziej treściwego jak Carmex, czy pomadka z Yves Rocher z masłem karite oraz truskawkową Nivea. Do tej powrócę znów na wiosnę.

Perfumy:


Mgiełki zapachowe z BBW: Carried away oraz moja pierwsza kupiona w BBW mgiełka Paris Amour. Obie uwielbiam tak samo, kojarzą mi się z energią, zazwyczaj właśnie nimi psikam się na codzień. Żałuje jedynie, że nie są odrobinę trwalsze. Moimi ulubionymi perfumami tego roku zostały Armani Diamonds. Mam je już jakiś czas i właściwie nie przestały mi się podobać. Moim perfumowym marzeniem z kolei jest Gucci Guilty Intense. Na razie mam tylko próbki, może moje marzenie w końcu się ziści ;)

Akcesoria do oczu:



Czyli mój ukochany eyeliner z Bell, który kilka dni temu wyzionął ducha. A miałam go baaardzo długo, chyba nie będę kłamać jak powiem, że dwa lata jak nie więcej. Polecam z całego serca! Moim niedawną ulubienicą, która szturmem wkroczyła w ulubieńców roku i zepchnęła inne maskary jest tusz do rzęs Gosh Catchy Eyes, o którym pisałam nie dawno i wiem,że wy też za nim przepadacie! (przynajmniej w dużej większości ;) ). Jeśli jeszcze nie miałyście Catchy Eyes gorąco zachęcam by spróbować! I last but not least czyli brązowy cień z Alverde, który kupiłam podczas tegorocznego pobytu w Budapeszcie. Jestem z niego bardzo zadowolona, był ze mną również na ostatnim wyjeździe na narty. Wszędzie się zmieści i jest tak śliczny, że z powodzeniem wystarczy nałożenie jego jedynego jeśli mamy mało czasu na makijaż lub mało miejsca w kosmetyczce.

Akcesoria do twarzy:


Róże Sleek Rose Gold i Pixie Pink to chyba dwa moje najbardziej ulubione róże. Rose Gold używam raczej w okresie wiosenno-letnim, natomiast Pixie Pink kupiłam na jesieni, bo poczułam, że potrzebuję chłodnego różu. Zobaczymy, czy PP nie zdetronizuje RG także na wiosnę i lato!
The Balm Mary Lou Manizer to rozświetlacz z dużą ilością drobinek. Chyba najładniejszy rozświetlacz jaki widziałam! Do tego długo utrzymuje się na buzi. Lily Lolo kupiłam jakoś w połowie listopada i jestem bardzo zadowolona, na początku byłam sceptycznie nastawiona do podkładu w proszku, w dodatku nie wiedziałam czemu blogosfera tak zachwyca się minerałami? Ale w końcu i ja poczułam potrzebę zabawy z tego typu kosmetykami. Jedyny mankament to cena.
Hakuro H51 - w tym roku przerzuciłam się na bardziej profesjonalne pędzle. Tego używam do nakładania podkładu płynnego lub LL Warm Peach i spisuje się on idealnie.

To tyle z moich kolorówkowych ulubieńców roku 2012. Przed Wami jeszcze pielęgnacja, ale tam będzie już zdecydowanie mniej kosmetyków. Może chciałybyście zobaczyć recenzję któregoś z pokazanych tu produktów? Piszcie śmiało!

S.


Czytaj więcej »




SZABLON BY: PANNA VEJJS.